Wielka kompromitacja festiwalu We Are One
Wielka kompromitacja festiwalu We Are One We Are One miało być jednym z największych wydarzeń muzycznych roku w Berlinie. Nowoczesny obiekt o2 World a do tego największe postaci muzyki tanecznej na świcie: Underworld, Paul van Dyk, Armin van Buuren tylko ku temu skłaniały, ale...

... ale w rzeczywistości cała impreza była jednym wielkim nieporozumieniem.

Wejście
Zacznijmy jednak od początku. Sama impreza budziła olbrzymie zainteresowanie wśród nie tylko Niemców, ale również gości z innych krajów, w tym licznej grupy z Polski. Widać to było chociażby po gigantycznych kolejkach do wejść, które w newralgicznych momentach potrafiły sięgać nawet kilkuset metrów. Nie mniej jednak obsługa obiektu starała się jak mogła aby kolejki rozładować. Sytuacja wyglądała znacznie gorzej dla licznej również grupy osób, które były na tzw. liście gości. Tam panował straszny chaos i dezorganizacja i nikt nic nie wiedział. Wszystko to, to jednak pikuś w porównaniu z innymi organizacyjnymi niedociągnięciami a wręcz amatorszczyzną...

Nagłośnienie i oświetlenie
Gdy w końcu udało nam się wejść na teren imprezy, to nie wiedzieliśmy czy impreza już się zaczęła czy dopiero trwa jakaś próba. Muzyka grała bowiem tak cicho, że można było stać pod głośnikami i bez problemu rozmawiać nie krzycząc sobie do ucha. Prawdę mówiąc to niejednokrotnie na polskich ulicach można napotkać na auto wyposażone w soundsystem większej mocy. Na wielu innych imprezach w podobnych obiektach już przy wejściu czuć wibracje spowodowane dużą mocą nagłośnienia a tam gdyby nie długie kolejki to nic by nie świadczyło o tym, że cokolwiek się tam odbywa. Jak się okazało słaba moc nagłośnienia to nie wszystko. Wiele do życzenia pozostawiała również jakość samego dźwięku jaki wydobywał się z głośników, który był po prostu „głuchy” i nie pozwalał na właściwy odbiór muzyki. W kwestii fatalnego nagłośnienia to jeszcze nie koniec „atrakcji”. Nie trzeba być jakimś specjalista od dźwięku aby stwierdzić, że przed imprezą w o2 World nie zagościł żaden akustyk. Rozmieszczenie poszczególnych kolumn głośnikowych było bowiem tak fatalne, że jeśli nie stało się bezpośrednio przodem do głośników, to niewiele się słyszało. W trakcie występów niektórych artystów np. Underworld, tylny skład głośników praktycznie nie był włączony, mimo iż ogólnie rzecz biorąc nagłośnienia było i tak za mało jak na tak duży obiekt. Jakby tego było mało to nikt nie pomyślał również o sporej części osób, które kupiły bilety z miejscami siedzącymi na trybunach, w stronę których nie zostały ustawione dosłownie żadne głośniki! Ludzie tam nie dość, że z racji przypisanego miejsca nie mieli zbyt wiele możliwości do tańczenia, to nawet nie mieli możliwości sensownego słuchania granej muzyki, której odbiór na trybunach był wręcz tragiczny, co było widać chociażby po skwaszonych minach znudzonych osób tam siedzących.
Nagłośnienie na takich imprezach to jeden z podstawowych elementów, mający kluczowy wpływ na jej sukces. W przypadku We Are One cały soundsystem można nazwać skandalem i kompromitacją organizatora, Paul van Dyk GmbH, który do tej pory słynął z profesjonalizmu.

Przejdźmy dalej do oświetlenia i w ogóle strony wizualnej We Are One. Również w tej kwestii nie było lepiej. Poza oświetleniem sceny, które w dużej mierze stanowiła kurtyna ledowa i ruchome światła oraz kilka wyrzutni ognia, które kilka razy w trakcie imprezy buchnęły płomieniami, w dalszej części obiektu pod sufitem podwieszone były cztery sześcianowe konstrukcje, do których doczepione były ruchome „głowy” świetlne i projektory. Może i dawałoby to fajny efekt gdyby to wszystko działało, ale niestety tak nie było. Światła bowiem na tych konstrukcjach świeciły bowiem rzadko, i w najlepszym wypadku przy wykorzystaniu jedynie połowy zainstalowanych świateł co na tak dużej hali nie dawało żadnego efektu. Ponad to zamontowane tam projektory jedynie raz na jakiś czas pokazywały obraz ze sceny a w międzyczasie nie pokazywały dosłownie nic! Zero jakichkolwiek wizualizacji i kreatywności!

Artyści
W całej tej imprezie najmniej pretensji można mieć do samych artystów, bowiem ci zagrali bardzo przewidywalnie. Armin jak to Armin zagrał typowe dla siebie euro trance’owe piosenki. Tak podkreślę to jeszcze raz, piosenki, którymi skutecznie „zamulał” miłośników bardziej wyrafinowanych dźwięków a z drugiej strony wprawiał w ekstazę „niedzielnych” imprezowiczów oraz grupy, mówiąc delikatnie, głośno i niezbyt elegancko zachowujących się ludzi.

Repertuar zespołu Underworld, również nie był, żadnym zaskoczeniem. Można było się więc spodziewać już wcześniej mieszanki utworów z ich najnowszej płyty „Barking” oraz ich największych przebojów, kończąc tradycyjnie już klasykiem „Born Slippy”. Mimo, iż ich koncert by przewidywalny, to trzeba przyznać, że bardzo dobry choć zbeszczeszczony przez wspomniane już nagłośnienie.

Podobnie można powiedzieć o występie Paul van Dyk’a, który w typowy dla siebie sposób, zagrał na swojej imprezie sporo klasyków oraz swoich utworów, wśród których nie mogło oczywiście zabraknąć „We Are One” oraz wydanego niedawno charytatywnego utworu „Remember Love”. Mimo to występ PvD był niezwykły za sprawą Blue Man Group, którzy wystąpili razem z nim w początkowej fazie jego seta. Trzech ludzi w czarnych strojach i niebieskich, silikonowych maskach wybijających na oryginalnych bębnach tryskających kolorowymi płynami rytm muzyki granej przez van Dyka naprawdę robiło wrażenie.

Giuseppe Ottaviani, kończący imprezę, również nie zawiódł. Zagrał energicznie, melodyjnie, po prostu pięknie, a co ważniejsze w trakcie jego występu nagłośnienie grało nieco lepiej co automatycznie zapewniło lepszą zabawę.

Podsumowanie
Nie ma co tu dużo mówić. Pierwsza edycja We Are One okazała się być jednym wielkim niewypałem i kompromitacją. Karygodne niedociągnięcia i zaniechania organizacyjne można wymieniać garściami natomiast trudno doszukać się choćby najmniejszych pozytywów tej imprezy. Była to również pierwsza moja tak beznadziejna impreza w ciągu mojej 10-cio letniej aktywności eventowej. Nigdy też nie myślałem, że dożyję czasów kiedy to słynący z profesjonalizmu, dokładności i precyzji Niemcy będą robić imprezy 100 razy gorsze niż Polacy. Tym razem można śmiało odwrócić nasze powiedzenia i mówić śmiało, że cudzego nie chwalimy, bo swoje znamy, a nasze jest dobre bo Polskie :) Tak na poważnie, to miejmy nadzieję, że organizatorzy wyciągną daleko idące wnioski i konsekwencje z organizacji We Are One i przy kolejnej edycji tego festiwalu nie narażą jego uczestników na przeżywanie kolejny raz takiego horroru.
4,5 /12
Data publikacji: 2010-09-14
Komentarze

W końcu ktoś bardzo trafnie podsumował Armina i jego fanów ;) W 100% się zgadzam ;)

Dodano: 09:55 02.10.2010 zgłoś nadużycie

Wiocha i tyle.

Dodano: 13:01 22.10.2010 zgłoś nadużycie

niezle bardzo dobra recenzja

Dodano: 21:51 05.07.2011 zgłoś nadużycie