Gdzieś na pewno jakieś techno rozwala sufity czyli Toxicator 2011
Gdzieś na pewno jakieś techno rozwala sufity czyli Toxicator 2011 Industrialny klimat górniczego miasta, starokopalniany budynek z dala od centrum i poczerniałe od sadzy ceglane mury – tylko w takim miejscu mogły zagnieździć się toksyczne dźwięki kolejnej edycji Toxicatora.

Tytułowa parafraza zaczerpnięta ze znanego filmu na YouTube z udziałem samego Hitlera najlepiej oddaje to, co działo się na tej imprezie. Industrialny klimat górniczego miasta, starokopalniany budynek z dala od centrum i poczerniałe od sadzy ceglane mury – tylko w takim miejscu mogły zagnieździć się toksyczne dźwięki kolejnej edycji Toxicatora.

Toxicator to święto miłośników najcięższych odmian elektronicznej muzyki tanecznej. Tegoroczna edycja miała miejsce w Galerii Szyb Wilson w Katowicach. Na stosunkowo niedużej powierzchni, w porównaniu z podobnymi eventami, udało się zmontować aż 3 sceny. Jednak przestrzeń na i wokół galerii pomieściła wszystkich maniaków elektroniki. Nie sposób nazwać ich inaczej, bo faktycznie ciężko wytrzymać całonocną imprezę w rytmach przekraczających 150-160 bpm!

Hardbeat
Na największej scenie Hardstyle/Hardcore Floor swe dynamiczne sety prezentowali m.in. Enigmato z Katowic, Luna czy Outblast. Niemal równie pokaźną publikę zgromadziła scena Hardtechno, choć lubienie takiej muzyki oznacza mocno wyrobiony gust muzyczny. Większość ludzi uważa wręcz, że tej „łupanki” nie da się słuchać. I tu pojawiły się największe gwiazdy wieczoru, które nie dali wytchnienia skaczącym pod sceną raverom. Sety imprezy zagrali tam Sutura i O.B.I., z polskiej strony poziom podtrzymał Hellboy. Zaskoczył nieco za to niemiecki zespół BMG aka Brachiale Musikgestalter. Oli i Sasha spisali się wyśmienicie. Tym razem dzięki specyfice Toxicatora mogli sobie pozwolić na więcej, niż na niedawnej edycji Mayday w Dortmundzie.
Belgradzka piękność Ivee nie pozwalała złapać tchu, zwłaszcza męskiej części widowni, która była w przewadze. Do 6.00 rano nie odpuszczał Jason Little, choć wyraźne niektórym wciąż było mało melanżu. Muzyka, wespół z wielkim stroboskopem i klasycznymi zielonymi laserami oraz wizualizacjami, przeniosła fanów mocnych dźwięków w inne poziomy świadomości.
Ciekawa była malutka trzecia scena Hardstyle made in Poland, złożona ze słabo znanych polskich didżejów grających hard. Co prawda nie zgromadzili rzeszy tańczących, ale za to spowici zielonym mrokiem witali słuchaczy, gdyż ich floor znajdował się tuż przy wejściu do „Wilsona”. Oceniając obecnie poziom tych młodych artystów można śmiało stwierdzić, że już niedługo będą objeżdżać kluby w całej Polsce.

Klimat
Liczba przybyłych na Toxicator nie przekroczyła 2 tyś. Ta ilość oraz, a może przede wszystkim jakość ludzi, stworzyła kameralny klimat całej imprezy. Na tyle, że DJ’e, zazwyczaj zmęczeni po swym secie na wielkich eventach wracający do hotelu, tamtej nocy zostali i do końca bawili się ze wszystkimi. Zamiast chować się na backstage’u, wyszli do imprezowiczów, robili sobie z nimi zdjęcia, rozmawiali i przyjmowali uściski w dowodzie uznania.
Sami DJ’e niemieckiego pochodzenia, którzy po raz pierwszy grali w naszym kraju, zgodnie zauważali, że takiej publiki nie ma nigdzie. Tobias Luke aka O.B.I. na drugi dzień komentował: Jestem zaskoczony, w Niemczech ludzie tak się nie bawią, pierwszy raz grałem dla Polaków i nigdy nie widziałem, żeby wszyscy tak świetnie się bawili! Chętnie będę tu wracał, mam mnóstwo miłych wspomnień.

Toksyczne opady
Klimat imprezy był niepowtarzalny, co przyznali nawet wieloletni bywalcy eventów. Takiej „rzeźni” nie było od dawna. Nagłośnienie w połączeniu z natężeniem hardkorowych dźwięków spowodowało „toksyczne opady” i to nie jest przenośnia! Przez całą imprezę na zebranych sypała się istny deszcz sadzy. Organizatorzy zapewniają jednak, że nie był to zamierzony efekt jako novum obok gry świateł.

Gości szybu na koniec imprezy zasmuciła informacja, że była to ostatnia edycja Toxicatora. Przykry fakt tym bardziej, że pomysł na imprezę z samymi hardami i pod taką nazwą narodził się w Polsce, skąd dopiero został zapożyczony do Niemiec. Najwierniejsi fani muszą pogodzić się z faktem, że muzyki elektronicznej w najszybszym wydaniu posłuchają jedynie za granicą.
4,9 /7
Data publikacji: 2011-05-12
Komentarze

Świetna relacja! Szkoda tylko że była to ostatnia edycja :(

Dodano: 11:42 13.05.2011 zgłoś nadużycie

ajj szkoda ;(

Dodano: 21:50 05.07.2011 zgłoś nadużycie