Chris Da Break i Droptech o muzyce techno oraz początkach swoich i Neuroshocked
Chris Da Break i Droptech o muzyce techno oraz początkach swoich i Neuroshocked W pewne popołudnie mieliśmy przyjemność porozmawiać z Chrisem Da Breakiem oraz Droptechem, założycielami Neuroshocked, którzy od ponad dekady rozsławiają i kultywują paradygmat muzyki Techno w Szczecinie, Polsce, Europie i na całym świecie. Poniżej prezentujemy efekt naszego spotkania.

Jak wspominasz czasy, gdy byłeś b-boyem oraz jaki to miało wpływ, na to, że zostałeś DJ’em grającym Techno?

Chris Da Break: To były czasy licealne, naszym guru był wtedy Piotrek Żogo (Stogo – wielokrotny mistrz Polski w break dance przyp.red.) wokół którego, to wszystko w Szczecinie zaczęło się kręcić. Możemy cofnąć się jeszcze dalej i powiedzieć, że przed nim byli inni, ale to właśnie on był dla nas zapalnikiem. Zainteresowanych historią szczecińskiego b-boyingu odsyłam do filmu Pride of Flavour wydanym w zeszłym roku w Szczecinie. W Broken Steps była nas piątka, jeździliśmy wtedy na wiele imprez tanecznych, które organizowano w tej części Europy. Podczas oglądania programu „Freestyle” emitowany na Vivie w latach 90tych, którego prowadzącym był Storm, dowiedziałem się o imprezie hip-hopowej w Dortmundzie. Zebraliśmy się we trzech i pojechaliśmy autostopem. Tam zetknąłem się pierwszy raz z całkiem nowym stylem tańczenia, który w Polsce był kompletnie nieznany. U nas wtedy wszyscy wykonywali figury „akrobatyczne”, kręcili „bańkę”,robili „wiatraki i „łapy”. Tam b-boye pokazali nam, że można to robić w całkiem inny sposób. Mieli flavour, tańczyli! Mimo tego dostrzegli nas organizatorzy i dostaliśmy zaproszenie na występ na festiwalu Hip-Hop’owym Mzee Frish 94 w Kolonii, na którym poznałem masę ludzi z całej Europy. Mieszkając w jednym z apartamentów wraz b-boyami z UK brekowaliśmy prawie całą noc. Zaszczepiliśmy się robieniem freezesów. Po powrocie staraliśmy się propagować ten nowy flavour u nas w kraju. Można spokojnie powiedzieć, iż Broken Steps wprowadziło ten styl na nasze krajowe podwórko. W 99 roku, zaczął się powolny rozpad Broken Steps ze względu na nasze polskie realia. Brakowało funduszy, a występów komercyjnych było coraz mniej. Część chłopaków wyjechała za granicę, pojawiły się inne zainteresowania. W tym czasie jeździłem na deskorolce i chodziłem do „Szóstek”, gdzie któregoś dnia pojawiał się Marecki… grywał wtedy House z regularnych cdków, które nie miały regulacji tempa, mimo to wrażenie było piorunujące. No i zaczęliśmy z nim jeździć, on wtedy grał w różnych miejscach, to w Gryfinie, to gdzieś w Dąbiu, w Szóstkach, w nowo otwartym Exit. Bardzo podobała mi się elektronika już od dawna, szczerze podczas trenowania breka zawsze wolałem dobre mocne electro ze stopą z TR-808 niż hip hopowe rymy.
Na jednej z imprez, dotarło do mnie że elektronika jest moją muzą i tak się zaczęło. Break Dance był mi bardzo bliski, ale już wtedy wiedziałem, że chce grać. Jakiś czas później w „Szóstkach” pojawił się Dj Skott z Koszalina, który przywiózł pierwsze gramofony, a że grał co tydzień, to ja opiekowałem się nimi, na czas jego nieobecności w Szczecinie. Zrobiłem sobie tydzień wolnego w szkole i bez przerwy „piłowałem” te decki. Później chodziłem w tygodniu do Transu, gdzie mieli również dwa Technic’sy 1210 i pozwalali mi trenować tym razem nie parkiet a składanie bitów. Mam jeszcze mixtape’a z tamtych czasów podpisany, jako DJ Dobry, heh. Pamiętam że robiłem jakieś dżingle dla koleżanki która organizowała pokaz mody, jednym z głównych motywów był tam kawałek Westbama „Terminator” i niestety tylko ten track spodobał mi się od tego artysty. Później zacząłem grać już regularne imprezy w „Szóstkach” jako support, przed mi.in. Gogo (ówczesny rezydent klubu Kanty z Jaworzna) Zapragnąłem mieć własne decki, lecz wtedy ich cena była nie do zrealizowania przez rodziców. Byłem wtedy na drugim roku studiów, więc wziąłem dziekankę i poszedłem do pracy. Po trzech miesiącach, osiągnąłem zdolność kredytową, by zakupić upragnione Technic’sy. Zacząłem jeździć do Berlina na zakupy po płyty winylowe to był istny raj. Wycieczki z kumplami do Hard Waxu, RO, Space Hall, DNS ale było pięknie. W 1997 roku grając w Szóstkach zostałem zauważony przez agencje MAR, późniejsze NMA (New Music Art przyp.red.) do której ostatecznie dołączyłem w 1998 roku. Później grałem w XL’u, w klubie Fever, czy na imprezach z cyklu Techno Dance Mission, jako jeszcze dj DUB-REC. Dopiero po jakimś czasie ziomek Seba z obecnej Stopro bandy wrzucił pomysł. Stary b-boy powinien zwać się Da Break, dołożyłem Chris i od parunastu lat tak zacząłem się nazywać.

Jak doszło do tego że zaczęliście organizować imprezy jako Neuroshocked?

Chris Da Break: Zanim powstało Neuroshocked organizowaliśmy z kumplami imprezy na Tamie Pomorzańskiej oraz imprezowaliśmy na „Baniakach” w Policach oraz na imprezach w klubie DS organizowanych przez Eddy Volcano. Po jakimś czasie poznałem Marka (Droptech’a) w klubie Rzeczywistość. Wspólnie zaczęliśmy organizować imprezy w „Siódemkach”, „Sonarze” i „Laboratorium”. W międzyczasie poznałem Kubę (Phuture Cube’a), z którym potem nalewałem piwo na ogródkach przez całe wakacje. W każdym razie byliśmy już razem z Markiem , Majestic’iem, Driver’em, i Phuture Cube’em. Myśleliśmy nad nazwą, na początku to miał być HOT – Headquarter Of Techno, ale w efekcie Marek zaproponował Neuroshocked. Po czasie Labo i Sonara do Marka zgłosiło się dwóch gości, którzy powiedzieli mu że przejmują Oszołoma, mają kasę, chcą zabookować DJ’ów na pół roku z góry, my mamy wymyślić nazwę. Zrobiliśmy plakaty i tak powstał Neuron. Właściciele zrobili z nami jeszcze pierwszą edycję Neurotiki, a później oddali nam Neurona za odstępne. Sporo potańczyliśmy z wami w Neuronie. Było mega swojsko, hehe. Ci co bywali wiedza :) Później wyjechaliśmy z Markiem do Manchesteru do pracy, po powrocie pojawiła się opcja na otwarcie Crossed wraz z dwoma naszymi kumplami. Ja wycofałem się z udziałów, lecz pozostałem ich managerem artystycznym. Były lepsze i gorsze imprezy, wiadomo, np. taki DJ Rush wypełnił ten niemały klub po brzegi. Były też wtopy np. James Ruskin , postać do dziś szanowana, producent tworzący innowacyjne dźwięki, to co on wydał na Blueprint’cie to są przecież klasyki, a na imprezę przyszło 100 osób. U nas ludzie nie znają takiej muzy, trzeba ich najpierw ciut wyedukować…

Neuroshocked to nie tylko kolektyw ale również label, mógłbyś powiedzieć jak do tego doszło że zaczęliście wydawać winyle?

Chris Da Break: Na imprezy, które organizowaliśmy przyjeżdżały takie postacie jak Eric Sneo, Redhead czy Chris Liberator, no i wiadomo zaczęliśmy z nimi gadać… Czy nie byli by skłonni dać na naszą epke jakiegoś numeru „po znajomości”. Od razu zaplanowaliśmy trzy Epki i wysłaliśmy dema do kilku dystrybucji winylowych, bo przecież w całym biznesie wydawniczym głównym ogniwem jest właśnie dystrybucja. Gdy wiedziałem że jesteśmy już w Triple Vision ruszyliśmy całą machiną wydawniczą czyli profesjonalny mastering u Lawriego Immersiona w UK, okładki, grube winyle 180 g itd. Dzięki dystrybucji dostawaliśmy maile od djów z Brazylii, Wenezueli i Canady i Japoni że grają nasze placki. TO była radocha! Na pierwszej epce znalazł się Eric Sneo (w tamtych czasach producent z topowych miejsc list) oraz mój kawałek pt. „People Are Sick Of It” i Tomash'a Gee „By Pass”. Ta epka miała dodruk i udało nam się sprzedać ponad 1200 szt, co przy nowych labelach było mega sukcesem. Dziś winyl niestety odchodzi do lamusa i ogromni potentaci jak Cocoon sprzedają po 200 placków :(

Może uchylisz rąbka tajemnicy i zdradzisz naszym czytelnikom najbliższe plany wydawnicze?

Chris Da Break: Chcemy wydać ponownie Neuroshocked 008, gdyż ta „ósemka” wespół z Głosem Doradczym, która się ukazała to było tylko limited edition, jako prezent urodzinowy dla Marka (Droptech). Na tej pełnowymiarowej znajdzie się na pewno Allan Palmer, Black Art, może ja dam jakiś swój numer. Wspomnę tylko że jesteśmy już na www.909london.com, oraz nasze płyty są do nabycia w digitalu również w większości sklepów internetowych. Neuroshocked 10 prawdopodobnie wydamy na winylu i coś mi się wydaje, że zrobimy remiksy otwierającego label tracka „People Are Sick of it!” Chcemy również wrócić do mocnego brzmienia sprzed paru lat, bo uważamy, że to „pitupitu” już się ludziom powoli nudzi. Z Sickboy’em mamy projekt w stylu Detroit, czyli "perka" 909 i tłusty bass.

Jeżeli chodzi o produkcję, to korzystasz ze sprzętowych rzeczy czy może tworzysz na komputerze?

Chris Da Break: Obecnie, tylko i wyłącznie soft. Sprzedałem całe studio. Miałem m.in. Rolanda TR-808, TR-909, TR-707, Clavia’e Nord Lead’a, Oberheim’a Matrix’a 1000, Mopho oraz efekty, 2 miksery itd... Dużo tego było… Zawsze marzyłem o profesjonalnym studio, że będę to miał, nauczę się obsługiwać te wszystkie maszyny, ale szczerze muszę powiedzieć, że to jest straszny zjadacz czasu. Jeżeli grasz na żywo z tych analogów to jest wszystko fajnie, bo brzmienie prosto z tych urządzeń jest rewelacyjne. Tylko one nie zawsze grają tak jak ty tego chcesz, trudno jest doprowadzić sesje do końca, zawsze coś się krzaczy. To są w końcu stare maszynki bez możliwości automatyzacji midi. Spędzałem więcej godzin na zabawie, czytaniu literatury, czy na rozwiązywaniu problemów z tym sprzętem niż na robieniu samej muzyki. Większość rzeczy które, wyszły w oficjalnym obiegu, popełniłem przede wszystkim na komputerze, „People Are Sick Of It” i „Commuter Train” zrobiłem na Buzz Machine. Parę lat temu przesiadłem się na Mac’a, na którym mam Logica oraz Abletona i jestem z tego zestawu bardzo zadowolony, choć nie ukrywam, że brakuje mi jeszcze parę rzeczy w tych programach i ciągle jest walka.

Wiem że kiedyś namiętnie zbierałeś płyty winylowe. Czy robisz to nadal?

Chris Da Break: Niestety teraz już nie ma ich gdzie kupować, stare klasyki chętnie kupuję, bo ta nowa muza cyfrowa, jakoś do mnie nie trafia. Kiedyś była zupełnie inna zajawka z tym związana, jeździło się do Berlina, czy Londynu w parę osób i odbywała się „walka” oto kto pierwszy wypatrzy jakiegoś białego kruka. Po takiej wyprawie wpadało się do klubu grało tego wypatrzonego winyla. Przez jakiś czas tylko ty miałeś ten numer. Dziś, heh… na następnej imprezie mają już go wszyscy w mp3. Kiedyś też jeździłem po kraju w każdy weekend, to były początki dj'ingu w kraju. W tym momencie to wygląda tak, że kluby zrzeszają wokół siebie lokalnych DJ’ów, więc nie ma potrzeby ściągać kogoś z miasta obok. Bo jeżeli już to zaprasza się jakąś „gwiazdę” z zagranicy i daje lokalnych suportów.

Jaki jest według Ciebie przepis na udany set?

Chris Da Break: Generalnie są dwie szkoły. Jedna z nich głosi, że podczas grania puszczasz tylko kawałki z danego podgatunku, czyli tzw. mono-set. Jeśli to jest Hard Techno to cały czas napędzasz tempo nie zwalniasz ani na moment. Przykładem takiego podejścia jest chociażby mój set z Neurotica 2. Natomiast set z Sountropolis prezentuje bardziej różnorodny dobór utworów, mimo wszystko jest flow. Pamiętam w 98 roku Sven Väth grając w Tresorze zrobił coś co powinien potrafić zagrać każdy dobry dj, grał 4 godzinnego seta od Nuskull, przez Detroit, Acid i House i tam nie było jakiegoś przestoju. To po prostu pięknie pasowało. Czy jak robi to dziś Jerome Hill (będzie w Boom Barze luty lub marzec), miksuje elektro, techno, house, wszystko w różnych tempach, ale jednak jest to spójne. Chodzi też oto żeby człowieka zaciekawić, odpowiednio budować napięcie, żeby były w tym emocje. Także, jeśli ktoś nie zgrywa bitów równo, ale robi w secie odpowiednie ciśnienie, to w sumie oto chodzi.

Jakiej muzyki słuchasz poza technicznymi brzmieniami czy są gatunki, które Cię inspirują równie mocno?

Chris Da Break: Od zawsze bardzo dużo słuchałem elektroniki, bardzo inspirują mnie dokonania Aphex Twin’a, ale również bardzo lubię Dead Can Dance. Rzeczy takie Joy Division, czy UK Subs też nie są mi obce. Po za tym wielkim sentymentem darzę Slayer’a, na którego koncercie miałem przyjemność ostatnio być, ich album „Reign In Blood” zapadł mi w pamięć z powodu mojego starszego brata, który zaszczepił mi ten rodzaj brzmień. Ze spokojniejszych rzeczy to na pewno Porcupine Tree, które nie dawno odkryłem dzięki kumplowi, z którym mieszkałem. Bardzo lubię Radiohead i ich kawałek „Idioteque”. No i nie ukrywam, że słucham sobie, głównie w pracy Muzyki Poważnej głównie Mozzart’a oraz Filmowej. Zafascynowany jestem dokonaniami Clint’a Mansell’a, którego muzykę można usłyszeć m.in. w filmach Darren’a Aronofsky’ego takich jak „Requiem Dla Snu”, „The Fountain” czy ostatnio w „Black Swan”. Duże wrażenie zrobiło na mnie „Adagio For Strings” Tiesto, mimo że nie lubię tego typu Trance’u, to linia melodyczna z tego utworu, skomponowana dawniej przez Samuela Barbera po prostu mnie urzekła. Nic dziwnego, że komercyjny "transiarz" zrobił taką karierę na melodiach ludzkości :)

Gdzie widzicie kulturę Techno w tym Neuroshocked za następną dekadę?

Chris Da Break: Ja mam wrażenie, że historia zatoczy koło i wrócimy do grania z winyli, będziemy tworzyć sobie taką małą enklawę w opozycji do głównego nurtu, czyli rzeczy typu David Guetta itd. Jest stałe grono osób, które cały czas chcą słuchać rzeczy tupu Acid czy Hard Techno oraz Detroit. Stare brzemienia i dusza, czyli kręcenie tymi dźwiękami a nie używanie fx jak to w dzisiejszej muzyce się dzieje. Spójrzmy na Rocka. Gitarzysta ma 6 strun, basista 4, perkusista pare bębnów a jednak potrafią stworzyć nowe dobre utwory. Ok mają super mastering i czasem posługują się efektami ale muzykę tworzą właśnie tylko z tych paru instrumentów. Wzór na przyszłość techno jest prosty: 909 + Bass + Synth = Techno.

Droptech: Ja z kolei mam nadzieję, że za parę lat pojawią się u nas lokalne tłocznie płyt winylowych, my jako Neuroshocked będziemy samo wystarczalni w tym względzie, że będę mógł sobie wydawać swoje 12–stki, nie korzystać już w takim stopniu z CD–R’ów. Poza tym jest spore grono twórców, którzy robią wartościowe rzeczy a nie mają szans zaistnieć na fizycznym nośniku, jakim jest płyta winylowa. Wzorcem dla nas w tym temacie są nasi znajomi z ekipy Stay Up Forever Records z Londynu gdzie oni sami robią mastering, tłoczą płyty, drukują okładki, mają swoją można powiedzieć manufakturę i są w blisko 100% niezależni od nikogo.

Niedawno na imprezie, która odbyła się w Boom Barze świętowaliście 10 – lecie istnienia waszego kolektywu, jak wrażenia po imprezie?

Droptech: Moim zdaniem impreza się udała, już po wstępnych zapowiedziach tego wydarzenia, gdzie gwiazdą wieczoru miał być wspólny występ Chrisa Liberatora z Dave’em The Drummer’em, którzy mieli zagrać w tej konwencji czyli na 4 decki, bodajże pierwszy raz w Polsce, można było odczuć że, ludzie mają ciśnienie na tą bibę. Poza tym dostrzegłem wiele znajomych twarzy, których nie widziałem na imprezach od lat. Te urodziny były też dla nas swoistym drogowskazem, który pokazał nam, że warto wrócić do Techno, do brzmienia z przed lat, które zostało wyparte przez obecne trendy w muzyce klubowej. Planujemy powrót do korzeni, oczywiście w nieco odświeżonej formie, może w nie dalekiej przyszłości zorganizujemy jakaś większą imprezę plenerową. Zobaczymy.

Na koniec, może chcielibyście coś przekazać klubowiczom, słuchaczom, młodym adeptom Dj’ingu, ogólnie ludziom tworzącym kulturę klubową?

Droptech: Ja chciałbym zaapelować do wszystkich osób korzystających z Facebook’a, żeby nie klikali, że wpadną na imprezę skoro i tak nie mają zamiaru przyjść… Takim osobom dawał bym, bana na tydzień. Ogólnie dzisiejsza młodzież prezentuję inną postawę w stosunku do tego, jacy my byliśmy w ich wieku, tzn. Szło się do lokalu, pierwszego lepszego, pytało się czy można zrobić w nim imprezę i nieważne, jaki to był lokal i co grał, i się próbowało nie patrzyło się na zyski i straty. Teraz tych ludzi z inicjatywą, którzy chcą zaryzykować jest na prawdę bardzo mało. Obecnie każdy chce zrobić imprezę albo w sprawdzonym lokalu, albo w sprawdzonym temacie, najlepiej ze sprawdzonym DJ’em. Nikt nie chce wyjść z czymś nowatorskim. Abstrahując, to mamy plany żeby znów otworzyć szkółkę DJ’ingu. Pierwszą otworzyliśmy jeszcze w czasach Neurona i tam przychodziło 20–30 osób, które uczyły się miksowania na jednym zestawie decków. Z tego grona prawie wszyscy grają po dziś dzień. Ludzie dzisiaj myślą w ten sposób, że jeśli mają laptopa a na nim zainstalowany program Traktor, to już są DJ’ami i nic im więcej do szczęścia nie potrzeba. A są po prostu błędzie.

Dzięki za rozmowę i do zobaczenia na kolejnych imprezach Neuroshocked.


Rozmowę przeprowadził Piotr Biryło.


Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozprzestrzenianie artykułu bez zgody autora jest zabronione! Prawo chronione przez ustawę z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych: Dz.U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83.
5,0 /4
Data publikacji: 2011-12-18
Komentarze

Świeteny material, narescie ktos ogarniety sie wypowiedzial. Oczywiscie udostepniam gdzie tylko sie da ;]

Dodano: 22:36 19.12.2011 zgłoś nadużycie

Bardzo ciekawy wywiad. Dużo ciekawych wątków i informacji. Dobra robota Piotrze :)

Dodano: 23:40 19.12.2011 zgłoś nadużycie

Dzięki :) Szczerze mówiąc to zasługa bohaterów tego wywiadu.

Dodano: 01:31 20.12.2011 zgłoś nadużycie